Rozdział piąty
P
od pomarszczonym nosem nieobecnego duchem Eukalipanusa błąkał się blady uśmiech, a jego myśli błądziły gdzieś w oddali. Nieświadomie bębnił brązowymi palcami po marmurowym blacie kandy, a potem po stylizowanej poręczy. Cierpliwie siedząca naprzeciw niego Kimi odważyła się i przerwała posępne milczenie, sprowadzając go na ziemię:
— Co naszą dwójkę czeka w tej sytuacji? Wszystko jest takie pogmatwane...
Kapelusz grzyba znienacka zaczął się kołysać na wszystkie strony i Jenarekitka przeraziła się, że członek Najwyższej Rady za chwilę okaże rozdrażnienie i irytację. Bała się, że podniesie głos i zacznie jej wymyślać. Nie zniosłaby jego krzyku. Gniew w nim stopniowo narastał i szukał ujścia. Świecące nad parolą ciepłe słońce zdawały się właśnie przysłaniać ciężkie ołowiane chmury. Jednakże dostojnik szybko się opanował. Umiał powściągać emocje.
— Uważam, że powinniście udać się do obozu Hagusa po drugiej stronie Meafluorii, lecz zachowując pełną dyskrecję — sucho zawyrokował. — Zatem udając mieszkańców Gei. Hagusa wezwiemy na Arę, gdzie udzielimy mu zwyczajowej nagany. Może liczyć z naszej strony na reprymendę. Zlecimy mu, by sam zablokował szczelinę, lecz nie będziemy sprawdzać, czy wywiązał się z tego, czy nie. Nie damy mu poznać, że coś wiemy o jego machinacjach. Niech sobie dalej spiskuje, nie tracąc poczucia bezkarności! — odchrząknął, skupiając wzrok na Kimi. — Wy zaś oboje, ty i twój partner, zostaniecie dodatkowo zaprzysiężeni. Utworzycie tajny zespół, wyjęty spod kurateli sił specjalnych i bezpośrednio podległy Najwyższej Radzie. To na wypadek przecieku. Być może, ktoś tu na górze po cichu wspiera tego łobuza. Cała operacja — niespiesznie ciągnął — musi być perfekcyjnie przygotowana. Dlatego też, nim udacie się do obozu, w którym Hagus przetrzymuje bladolicych, polecicie na Ziemię, by przyjrzeć się jej mieszkańcom. Musicie ich dobrze poznać, żeby potem z powodzeniem odegrać na Meafluorii rolę osób, które przypadkowo tam trafiły przez szczelinę. Czeka was więc sporo pracy. Przyswoicie sobie wiedzę Ziemian, język i sposób myślenia, rozszyfrujecie główne systemy wartości. Macie się z tym jak najszybciej uporać, rozumiesz?
Kimi posłusznie przytaknęła.
— Rozumiem, dostojny Eukalipanusie! — odrzekła.
Jeszcze raz obrzucił ją badawczym spojrzeniem.
— Masz pytania?
— Nie mam — roztropnie odpowiedziała.
Zastanawiał się przez chwilę, ciężko westchnął, a potem rozstrzygnął:
— A zatem do dzieła!
Podniósł się sztywno z fotela, skrzywił się jakby go zabolało w krzyżach i wskazał jej drogę do wyjścia.
W
sali było dusznawo, klimatyzacja kiepsko działała, w powietrzu unosiły się kłęby dymu z papierosów, migały różnokolorowe światła, a wymianę zdań uniemożliwiała hałaśliwa muzyka. Kimi znakomicie czuła się w roli ziemskiej kobiety w młodym wieku i była w swoim żywiole. Tego dnia zrobiła się na wampa. Z wdziękiem poddawała się południowym rytmom. Nie miała ochoty schodzić z parkietu, jednak nie przyszła do tego przybytku sama, lecz z partnerem, więc nie mogła poprzestać na solowych popisach. Usiłowała zachęcić Mitosa, by z nią się pokręcił. Z trudem odciągnęła go od bufetu, przy którym nudził się jak mops, siedząc nad niedopitym drinkiem i bezmyślnie gapiąc się na kolorowe etykietki butelek. Puszczony samopas, zachowywałby się pewnie jak filmowy Jasio Fasola.
— Ruszaj się! — krzyknęła mu do ucha, widząc, że grzebie się jak mucha w smole. — Tańcz, przecież potrafisz!
Ten jednak znieruchomiał na parkiecie z rękami w kieszeniach, z nietajonym obrzydzeniem przyglądając się jej wyczynom.
— Straszne wariactwo, cóż to za przyjemność, podrygiwać w takim ścisku... — mruknął z nutą ironii w głosie. — Trzeba nie mieć oleju w głowie.
Czuł się na przegranej pozycji. Jednak naglony poczuciem obowiązku zaczął na odczepne wykonywać jakieś chaotyczne ruchy, mające znamionować taniec. Wszystko to w ślimaczym tempie. Przestępował z nogi na nogę i niby to wybijał rytm zgiętymi w łokciach rękami. Był odziany w kolorową koszulę z krótkimi rękawami, wypuszczoną na wierzch i jasne spodnie w kroju bermudów. Podobne wygibasy widział poprzedniego dnia w telewizji w wykonaniu komicznego grubasa w garniturze w kratę i teraz nieudolnie usiłował pójść w jego ślady. Musiał sobie przecież przyswoić całą gamę typowych ludzkich odruchów i zachowań.
Ujrzał w jej ciemnych oczach błysk uznania.
— Nawet dobrze ci idzie — pochwaliła na wyrost poruszającego się jak niedźwiedź agenta. Inną partnerkę pewnie skręcałoby ze śmiechu.
Skrzywił się pod nosem.
— Tobie o niebo lepiej — odbił piłeczkę, siląc się na kurtuazję, ale bez przekonania. Pamiętał, że Ziemianie uwielbiali prawić sobie drobne uprzejmości. Komplementy były na porządku dziennym i należały do rytuału prawie każdej rozmowy. Wymuszali je przez okazywanie nadmiernej skromności. Totalna beznadzieja. Zachowywali się irracjonalnie, uważając, że są dzięki temu oryginalni. I trajkotali bez końca. Zwłaszcza kobiety.
— Co?! — nie dosłyszała, więc przysunęła się do niego. Omal nie przykleiła się do Mitosa swym rozgrzanym ciałem, co wywołało w nim dziwne drżenie. Owiał go zapach jej silnych perfum. Musiał ją ogarnąć ramieniem, więc przestał śmiesznie podrygiwać.
— Ty też świetnie tańczysz! — ryknął jej przy uchu.
Kilku zapoconych facetów się obejrzało, ale żaden nie zatrzymał na nim dłużej spojrzenia. Tu wolno było wszystko lub prawie wszystko. A poza tym któż odważyłby się zadrzeć z takim jak on olbrzymem? Jego gorylowate kształty odstraszały. Był górą mięśni i trochę przypominał Arnolda Schwarzeneggera.
Od trzech dni przebywali w Nowym Jorku, więc to i owo wiedzieli już o tym mieście. Najpierw ich kapsuła zawisła na wysokości około stu kilometrów nad Long Island. Spędzili w niej ze dwie doby, zbierając dane i przyswajając sobie multum informacji o metropolii. Następnie zeszli niżej i niewidoczni dla ludzkich oczu ostrożnie ślizgali się nad alejami. Później zdecydowali się przenieść na ruchliwe ulice, pozostawiając kapsułę nad sobą. Była dobrze zamaskowana i nie mogły jej wykryć żadne tutejsze systemy radiolokacyjne. Transferowali się z niej do zielonego Central Parku, lądując późną nocą tuż przy cichym stawie z kaczkami. Zapobiegliwie wyposażyli się w skopiowane przez kryształy szeleszczące banknoty dolarowe. Te nie różniły się niczym od prawdziwych, o czym przekonali się przy pierwszych zakupach w supermarkecie. Mieli ich cały worek, nie wiadomo po co aż tyle.
Około północy wyrwali się oboje z zatłoczonego lokalu na prawie pustą ulicę, łapiąc wolną taksówkę. Kropił letni deszcz. Kazali się zawieźć do hotelu. Przywitał ich odziany w liberię portier. Hol jeszcze tętnił życiem. Kilka osób wysypało się z restauracji. Przy kontuarze recepcjonista podawał klucze elegancko ubranej czarnej kobiecie, przy której stało kilka skórzanych walizek. Za jej plecami czekało usłużnie dwóch bagażowych. Agenci z Ary skorzystali z windy, która wyrzuciła ich na siedemnastym piętrze. Tam rozeszli się do sąsiadujących ze sobą apartamentów.
Kimi jednak po kilku minutach niecierpliwie zastukała do drzwi Mitosa. Wpuścił ją, wyłączając wcześniej telewizor i dokładnie zamykając drzwi od łazienki.
— Jest superowo — pewna siebie oświadczyła, ładując się krokiem amazonki do saloniku, zapadając się w głębokim fotelu i sięgając po camele, leżące na błyszczącym blacie ławy. — Idzie nam całkiem dobrze. I ze wszystkim jesteśmy na bieżąco. Eukalipanus nie mógłby nam niczego zarzucić. — Przysunęła sobie metalową popielniczkę, zapaliła jednego, wymachując zapałką i odważnie się zaciągnęła. Zdążyła się już przebrać. Miała na sobie skąpą bluzeczkę i krótką obcisłą spódniczkę. Wypuściła kłęby dymu. — Pierwszy dzień, biblioteki — głośno mu uzmysłowiła. — Drugi dzień, zwiedzanie muzeów i oglądanie zabytków. Byliśmy przy Statui Wolności. Trzeci dzień, zakupy i rozrywka — sumowała zgodnie z harmonogramem. — Używki też mamy za sobą, kawę, alkohol i papierosy. Tutejsze narkotyki — nieznacznie się skrzywiła — jakoś na nas nie działają. Są widocznie za słabe. A na jutro mamy zaplanowane... — wstrzymała oddech — seks, miłość i rodzinę.
W jej ostatnich słowach zabrzmiały jakieś z lekka świdrujące, niepokojące tony i Mitos instynktownie próbował się bronić. Zachowywał się jak nieśmiały młodzik, nie mający jeszcze za sobą żadnych doświadczeń seksualnych. Nie przypuszczał też, by mogło do nich rychło dojść. Sprawy biegły za szybko i poczuł się przyparty do muru.
— Obejrzałem sobie nocą w telewizji kilka filmów erotycznych z ostrą akcją — wydukał wstydliwie jak pryszczaty uczniak. — Myślę, że na razie to mi wystarczy.
Kłamał jak najęty. Przezornie nie dodał tego, że poprzedniego dnia ściągnął z kiosku z gazetami kilka grubych magazynów pornograficznych, z którymi następnie zaszył się w łazience. Lektura świerszczyków niebywale go wciągnęła, wywołując wypieki na twarzy. Ziemianie uprawiali seks w szalenie wyrafinowanych pozycjach i przeglądając z zapartym tchem barwne fotki, doszedł do bolesnego wniosku, że niektórym pewnie by nie podołał.
Wydęła z niesmakiem usta. To ona przecież rozstrzygała o tym, co należy robić, a czego nie. Była kierownikiem zespołu międzygalaktycznego. Zgasiła papierosa.
— Nie mamy czasu — przesądziła, tłumacząc mu jak rozkapryszonemu dziecku. — I nie możemy tu tkwić bez końca. Czeka nas Meafluoria. Musisz z kimś się przespać — zagrała ostro, ale doskonale wiedziała, ku czemu dąży. — Ja zresztą też... — dorzuciła, chcąc wywołać zazdrość w partnerze. — Ty z jakąś atrakcyjną młodą kobietą, a ja z dobrze zbudowanym facetem. Możemy się ponadto załapać na seks grupowy... — wierciła mu dziurę w brzuchu, widząc jego z nagła pobladłą twarz
Pojął, że nie żartuje i ogarnęło go koszmarne przerażenie. To nie były przelewki.
— Może najpierw... zrobimy prawo jazdy? — ostrożniutko zaoponował, próbując odwieść agentkę od jej śmiałych i wręcz nieobliczalnych zamiarów. — Kilka poradników już kupiłem — ospale wskazał za siebie na stos książek, rozrzuconych przy ogromnym oknie. Leniwie krążyły nad nimi kryształy informacyjne, przewracające zadrukowane stronice. — Wynajmiemy sportowy samochód i pobrykamy sobie trochę po mieście — kusił ją jak sztubak, namawiający niezdecydowaną szkolną koleżankę na szalone wagary.
— Samochody mamy zaplanowane na sobotę — postawiła kropkę nad i. A potem zaszarżowała jak inteligentna i jadowita czarna arrara ze Stomantyrii: — Jeżeli boisz się Ziemian, poeksperymentuj ze mną. I tak przecież na Meafluorii będziemy występować jako małżeństwo. — I szybko dodała, nie kryjąc przekąsu: — Nie powiesz mi, że nie masz na to ochoty. Przecież widzę, jak za mną wodzisz wzrokiem. Momentami omal mnie nie pożerasz!..
Zabrzmiało to mało romantycznie, a Mitosowi przyszło do głowy, że powinni sobie najpierw zafundować nastrojową kolację przy świecach w wykwintnej restauracji i potańczyć przy dźwiękach cichej muzyki. Zapanowało kłopotliwe milczenie. Mimowolnie porównał goniące za klientami nachalne prostytutki z przeuroczą Jenarekitką w narodowym stroju, która w aulolii siedziała tuż obok niego przy napoju loco-loco. Tamta chwila mocno utkwiła mu w pamięci. Przeszyła go wtedy myśl, że agentka byłaby w stanie wypełnić samotność, dręczącą go nieustannie od czasu opuszczenia Psyfarozy, o ile by tego naprawdę chciała. Niestety, tu, na Gei, usiłowała wcielić się w rolę, która go niepokoiła. Tam, w aulolii, miał ją ochotę delikatnie objąć i pocałować, ale na drodze stanęły mu sztywne zasady styracańskiej etykiety towarzyskiej. Tu, na Gei, one nie obowiązywały, a Kimi jako Ziemianka była równie atrakcyjna i pociągająca. Dlaczego jednak nagle zapragnęła osiągnąć cel tak szybko, a jednocześnie w sposób tak prymitywny i wulgarny?
— Skoro tak uważasz... — rzekł zniechęcony, lecz serce mu mocniej zabiło. Zaraz jednak uprzytomnił sobie, że to nie jego serce wali jak młot, ale serce ślicznej partnerki. Dostrzegł w jej oczach nieme znaki zapytania. Wyglądała czarująco w tym, co miała na sobie i pojął wreszcie, że jest nie mniej niż on sam przejęta. Podniósł się z pewnym zażenowaniem, ociężale — lecz ożywił się, gdy znalazła się wreszcie w jego ramionach. Pragnęła go jak szalona i nie miał już co do tego ani cienia wątpliwości. Był atrakcyjnym mężczyzną i Ziemianki na ulicach Nowego Jorku rzucały za nim głodne spojrzenia. Delikatnie dotknął grubymi wargami jej zmysłowych ust. Stała jednak sztywno i nie odwzajemniła pocałunku. Z przerażenia była zimna jak lód.
Kryształy informacyjne nieoczekiwanie rozładowały jej napięcie. Drzwi od łazienki uchyliły się jak zaczarowane, a te, które tam zamknął, wtargnęły nagle do saloniku, unosząc się w powietrzu i zabawiając się frygającymi kartkami otwartego świerszczyka. Podfrunęły z nim do Kimi. Zrobiła wielkie oczy, a jej paraliż w jednej chwili ustąpił. Przeszedł jej jak ręką odjął. Rozbierana scenka, którą dojrzała na rozkładówce rozśmieszyła ją do łez.
— Ty draniu, to tak? — chichotała jak najęta. — Jaki święty!.. Patrzcie go. Seks, nie! Kto by pomyślał?
Niefortunnie odsłonił się przed nią i nie miał już wyboru. Zostało mu zagrać w otwarte karty.
— Kocham cię! — bezradnie wyskamłał. — Jednak lękałem się, że mnie wyśmiejesz i odrzucisz. Przecież nie jestem Jenarekitą. A tak naprawdę — wyznał uczciwie i szczerze — to w tym piekielnym imperium przypadła mi tylko rola nic nie znaczącego zera... — w jego oku nieoczekiwanie zakręciła się łza.
Odetchnęła z głęboką ulgą. Już nie była despotyczną agentką, bezwzględnie dyktującą partnerowi, co mu wolno, a co nie. Pogłaskała go czule po policzku.
— Ty głuptasku, nie rozklejaj się tak. Chodź!.. — wyszeptała.
Potem, gdy osiągnęli spełnienie, leżeli przytuleni do siebie, wsłuchując się w odgłosy nocy. Byli wreszcie dwójką prawdziwych przyjaciół, których nic już nie dzieli.
T
ego dnia Eukalipanus spotkał się nie z jednym, lecz z dwoma przedstawicielami Wielkiej Rady — przewodniczącym, Feoorontem, i jego zastępcą, Lizopolodusem. Minę miał raczej kwaśną, bowiem Styracydzi zaciągnęli go na jakiś opuszczony księżyc w Sto Piętnastej Galaktyce. Założyli lekkie kombinezony próżniowe i przeźroczyste hełmofony, by potem jak ostatni głupcy skakać po wystających skałach i rozkoszować się nikłą grawitacją. W końcu ta zabawa znudziła się obu dostojnikom. Ciągnący za nimi Eukalipanus też miał jej dość. Ciężko dyszeli. Zatrzymali się na krótki wypoczynek, przysiadając na gładkich kamiennych płytach.
— Jak tam nasi agenci, wzięli się do roboty? — życzliwie zapytał Feooront.
— Owszem — odparł Zelus. — Są obecnie na Gei. Wkrótce jednak udadzą się na Meafluorię. Tam przyjrzą się z bliska poczynaniom Hagusa.
Lizopolodus wiedział, o czym gawędzą.
— To zdumiewające, jak dalece nowo wypromowani oddalili się od nas, Styracydów... — tradycyjnie zaczął od utyskiwań. Potem jednak od razu przeszedł do rzeczy, czując, że wszelkie zwyczajowe wstępy są zbędne. — Czego chciał ten Hagus? Nie widzę sensu w porywaniu i więzieniu reprezentantów obcej rasy...
— Nie wszyscy — stanął w obronie swych agentów i wiernych nowo wypromowanych grzybiasty Eukalipanus. — Hagus?..
— Faktycznie, nie wszyscy — potwierdził przewodniczący. — Jeśli zaś chodzi o Hagusa, muszę rzec, że niezmiernie zbulwersował moich doradców. Stworzyli kilkanaście hipotez, z nim związanych. Dominowało przeświadczenie, że chciał raz na zawsze opuścić nasze imperium, a wykorzystując szczelinę zainstalować się na stałe na Gei. No i przejąć władzę nad tą planetą. To wszystko — oczywiście — po cichu.
Zelus przyjrzał się z uznaniem przewodniczącemu Rady.
— A to ciekawe. A więc po to szkolił bladolicych, którzy mimowolnie i chyba z przerażeniem przekraczali szczelinę.
Przewodniczący podniósł dłoń.
— Och, nie. To tylko hipoteza, nic więcej!..
Zapadło milczenie.
— Przemiły ten księżyc — rzekł z zadumą Feooront. — Czy wiecie, że spędziłem tu kilka dni w latach mojej młodości? Próbowałem sobie udowodnić, że jestem samodzielny i zaradny...
— I co? Udało się? — zapytał Lizopolodus.
— Owszem — odrzekł. I dodał z żalem. — Ależ to były piękne czasy! — Obejrzał się na pozostałych członków Wielkiej Rady. — A może w to nie wierzycie? — podejrzliwie zapytał.
Zaprzeczyli.
— Ależ wierzymy, wierzymy!.. — skwapliwie potwierdzili, wpadając sobie w słowa.
Nie pomogło.
— Kilka kroków stąd — zdradził im w zaufaniu — jest pieczara, w której szukałem schronienia. U jej wyjścia wyryłem na kamieniu moje imię. Powinno jeszcze tam być.
Ruszyli za nim, sadząc susy. Feooront poprowadził ich wąskim krętym wąwozem między strzelającymi w górę skałami. Znalazł poszarpany owal wejścia. Na granitowej bryle znaczyły się koślawo wykute litery.
— A nie mówiłem? — powiedział z nieskrywaną dumą w głosie, pokazując im ten niezgrabnie wyrąbany napis. Minę miał przy tym taką, jakby prezentował im wybitne dzieło sztuki.
O
bóz, w którym Hagus bezprawnie przetrzymywał bladolicych, świecił pustkami. Sforsowali ogrodzenie, przebijając się przez niewidoczne pole siłowe. Sądząc po liczbie prycz z brudną pościelą, w prymitywnych parterowych barakach nad brzegiem strumienia strażnik planety więził ostatnio co najmniej stu pięćdziesięciu przelękłych Ziemian. Tych zapewne nie tak dawno stąd zabrano, każąc im raz na zawsze pożegnać się z niegościnnym globem. Zmuszono ich do pośpiechu, bo porzucili część osobistych rzeczy. Nikt tu nie posprzątał. Oglądali plastikowe butelki i puszki po piwie. Dalej leżał pozbawiony obiektywu aparat fotograficzny. Z rozdartej kosmetyczki wystawała szczotka do włosów. Mitos ominął rozsypane kostki domina. Pochylił się i podniósł z polepy błyszczącą tuż przy piętrowej pryczy dziesięciocentówkę.
— Dowód rzeczowy — cmoknął ze znawstwem. — Ani chybi, maglowano tu obywateli USA — oznajmił, migając monetą przed oczyma zadumanej Kimi.
Oboje wyglądali dokładnie tak, jak przystało na nowojorską parę, która wybrała się właśnie na Times Square na zakupy lub na spacer po Broadwayu. Pobieżnie zlustrowali stojące w dwóch rzędach baraki, przechodząc następnie do omszałego kamiennego budynku, w którym odkryli podejrzane laboratorium. Strażnik Meafluorii nie zdążył zatrzeć po sobie śladów. Jenarekitka bez trudu złamała kod wejściowy, uchyliła wierzeje i przespacerowała się z zaciekawieniem po salach zabiegowych, rozmieszczonych po obu stronach długiego korytarza.
— To niewyobrażalny horror. Na moce, co on tu wyrabiał? — nie kryła przejęcia, gdy po dłuższej chwili wróciła do Mitosa. — Ten drań dysponował niezgorszym sprzętem medycznym. Po cichu ściągał rzadkie urządzenia, od niedawna znane w parolach. Ale po co? No, właśnie — głośno się dziwiła. — Nie zamierzał bynajmniej leczyć bladolicych. Chodź, coś ci pokażę! — pociągnęła rosłego agenta za rękaw flanelowej koszuli.
Ten powlókł się za nią, porzucając wyświetlacz z listą imion i nazwisk na ekranie.
— Wiesz, co mówili w Nowym Jorku? — niemrawo podzielił się swym domysłem. — Podobno Elvisa Presleya porwali kosmici.
Nie skomentowała tej rewelacji. Doprowadziła Mitosa do srebrzystego silosu do klonowania.
— Hagus trudził się nad genami więźniów, wyposażając wybrańców w przymioty, których zazwyczaj nie posiadali ludzie. Ach, już wiem — uprzytomniła sobie. — Pamiętasz tę zabawną dziewczynkę, córkę Nicolasa Fishera? Wdrukowywał w ich systemy nerwowe zdolność ekscytozy. — Uruchomiła aparaturę kontrolną i przyjrzała się barwnym liniom, migającym na ekranach. — Potem zaś biedził się nad ich świadomością, wpisując jakieś zamaskowane imperatywy i ukryte polecenia — skonstatowała. Przeszła do następnego pomieszczenia, znowu szarpiąc Mitosa za rękaw. — Zaś na samym końcu czyścił ich pamięć z wybranych wspomnień — pokazała mu fotel psychotroniczny, wykorzystywany do leczenia powstrząsowego. — Wracali na Ziemię jako jego posłuszne media. I nie wiedzieli, że tu byli.
Mitos natrafił na urządzenie, które go zaintrygowało. Z tak wyglądającym elektronicznym pulpitem nigdy wcześniej się nie zetknął. Sterczał przed nim dobrą minutę, przestępując z nogi na nogę, a potem włączył zasilanie. Cicho zaczął pracować generator, mieszczący się gdzieś w głębokich piwnicach budynku, który właśnie z Kimi przekopywali.
— Na moce, to potężne pole maskujące — pojął, gdy tylko wymyślna aparatura zaczęła działać. Podrapał się za uchem. — Jeżeli eksperymentował z silnymi systemami emisji psychicznej, musiał mieć stuprocentowo pewne ekranowanie. Inaczej w lot zostałby wykryty.
Agentka podeszła do Mitosa, badawczo przyglądając się maszynie.
— Na jenarekickie treonty! — parsknęła. — Wkopał się dopiero wtedy, kiedy ta dziewczynka dostała się ponownie na Meafluorię. Co za zbieg okoliczności? Nie był w stanie przewidzieć, że do tego dojdzie. — Agent musiał uznać, że jego urocza partnerka ma znowu przebłyski geniuszu. — Zapewne ta mała przebywała już wcześniej w tym obozie — tyle tylko, że tego nie pamiętała — domyśliła się Kimi.
Mitos z zadowoleniem zatarł ręce, czując ogarniające go podniecenie. Ich gra była warta świeczki i wiedział, że powrócą na Arę z prawdziwymi rewelacjami. Potem jednak zobojętniał i popadł w zadumę.
— Szczwany lis z tego Hagusa. Zapewne zaszył się dobrze na Gei, a ci porwani bladolicy, których niewątpliwie porozrzucał według jakiegoś klucza po całej planecie, wcielają już w życie jego chorobliwe plany.
— Pewnie się nie mylisz, mój misiaczku — wyraziła ciepło swe zdanie Jenarekitka. — Nic tu zatem po nas — spuściła z tonu. Potem jednak się zawahała. — Chyba, że?.. — domyślnie zawiesiła głos i zabrzmiały w nim jakieś niepokojące nuty.
Mitos głęboko zajrzał w jej brązowe oczy i w lot pojął, co miała na myśli. Ten glob wydawał się z cicha prowokować do rzeczy, które w srebrzystoszarych parolach nie były najlepiej widziane. Frywolnie przyciągnął Kimi do siebie, objął ją i delikatnie cmoknął w zmysłowe usta. Żaden magnes tak nie działał jak magnes pięknego kobiecego ciała. Nowojorskie lekcje nie poszły na marne.
— Jeszcze nie kochaliśmy się na Meafluorii — szepnął jej do ucha. — Zresztą, nie tylko tutaj — dorzucił, jakąś częścią swego ja wracając na ułamek chwili na Psyfarozę, a później na przełęcze i kotliny w górach Ary. — Jest tyle uroczych miejsc w kosmosie, w których chętnie bym to z tobą zrobił...
— Och. Mmm!.. — potwierdziła, mrucząc jak kotka i zarzucając mu ręce na szyję. — Nie spiesz się tak. Trzeba najpierw uwolnić kryształy, by zinwentaryzowały wszystko, co odkryliśmy w tym koszmarnym obozie — zaoponowała, jednakże jakoś sennie i bez większego przekonania. — No i sprawdzić, czy nie ma gdzieś w pobliżu lądowiska dla maszyn latających Hagusa.
— Później — szepnął znowu, pieszcząc ją językiem za uchem. — Tam, przy końcu korytarza chyba powinno się znajdować jakieś zaplecze dla obsługi — szepnął domyślnie. — Z wygodnym posłaniem. Chooodź, wyliżę ci cipeczkę!
— Z wygodnym posłaniem... — powtórzyła jak echo. — Faktycznie, jest tam coś takiego — uzmysłowiła sobie po krótkiej chwili. — Rozbestwiłeś się, łobuziaku — skarciła go za tę ostatnią propozycję. — Robisz się wulgarny i wstrętny. Nie jesteśmy kierującymi się instynktem dzikusami. Więcej romantyzmu, kochany! — ciepło go pouczyła, dając się jednak bez oporu pociągnąć w tamtą stronę.
