EKSCYTOZA    mikropowieść SF

Edward Guziakiewicz

Z  tomu   Przyloty na Ziemię


eksc

4

Rozdział czwarty

Wobec zagadek UFO i Trójkąta Bermudzkiego



Z

naleźli się na miejscu. Obrośnięta mchem, przekrzywiona i chyląca się ku ziemi chatynka, przed którą stanęli, nie zasługiwała na miano domostwa. Zapadająca się strzecha straszyła dziurami. Hagus złożył dłonie w trąbkę i gromko zakrzyknął, czym koczujących w rozsypującej się ruderze poderwał na równe nogi. Skrzypnęły chybocące się resztki drzwi i z półmroku niepewnie wynurzyło się dwoje zalęknionych bladolicych. Struchleli z przerażenia przyglądali się tajemniczym zielonym istotom, żywcem nie z tego świata. Posiwiały mężczyzna trzymał na ręku kilkuletnią ciemnowłosą dziewczynkę o ciekawych wszystkiego szeroko otwartych oczach.

Kimi wysunęła się do przodu. Mitos i Hagus pozostali jednak przezornie z tyłu, nie kwapiąc się do pogawędki z obcymi.

Nie bawiła się w ceremonialne powitania.

— A czyje to dziecko? — padło jej pierwsze, surowe pytanie.

Ciesząca się sylwetką modelki młodziutka kobieta, która kryła się dotąd za plecami starszego mężczyzny, odważyła się, słysząc angielski jak z translatora i drżącym z przejęcia głosem wyznała:

— Moje i Nicolasa Fishera.

Na konkretne pytanie padła więc równie konkretna odpowiedź — tyle tylko, że nie rzucająca żadnego światła na badaną sprawę. Agenci z Pierwszej Galaktyki nie mieli przecież zielonego pojęcia, któż to taki ten Nicolas Fisher.

— Nie wiecie, że w naszym imperium nie ma miejsca dla kreatorów? — karcąco rzekła Kimi, obrzucając groźnym spojrzeniem maleńką Ziemiankę. Na dziewczynce jej odpychające grymasy nie zrobiły żadnego wrażenia, a wręcz przeciwnie. Przypadła jej od razu do gustu ta dziwaczna kosmitka, przypominająca kubek w kubek plastikową zabaweczkę z supermarketu — i ku zdziwieniu obecnych wyciągnęła do niej rączki, darząc ją promiennym uśmiechem.

Bladolicy nie zrozumieli jej kolejnego pytania. Starszawy mężczyzna zaczął więc z innej beczki.

— Nie pojmujemy, jak tu trafiliśmy — zabrał się za nieskładnie wyjaśnienia. — Najedliśmy się strachu. Byliśmy właśnie na Czterdziestej Drugiej Ulicy, gdy zrobiło się ciemno jak oko wykol — ciągnął powoli, starannie dobierając słowa i jakby się obawiając, że jego intencje nie zostaną właściwie odczytane. — Coś ogromnego przysłoniło słońce i w pierwszej chwili przeląkłem się, że to wylew. Tu jest prawie jak na zwariowanym planie filmowym w hollywoodzkim stylu. Na życie pośmiertne to nie wygląda. Przecież nie wykorkowaliśmy i nie opuściliśmy realnego świata. Może wy nam zdradzicie, co się nam przytrafiło? I gdzie żeśmy się znaleźli?

Postawił małą na trawie, a ta — ku oszołomieniu agentów — natychmiast podeszła do zielonej kosmitki. Śmiało stanęła przy niej jak przy dobrej znajomej z sąsiedztwa. Może uznała, ze ta nadaje się na jej nianię? Mitos nie dostosował się do powagi sytuacji. Drań parsknął tłumionym śmiechem.

— Nie musimy wam niczego tłumaczyć. To zresztą bez znaczenia — odrzekła Kimi. — Co się stało, to się stało. Zależy nam na tym, byście bezzwłocznie wynieśli się na Geę. Jesteśmy tu po to, żeby zabrać was stąd i odstawić z powrotem na Ziemię.

Obejrzała się i obrzuciła ponaglającym wzrokiem oblicze Hagusa, który w te pędy odgadł, o co jej chodzi. Miał za zadanie ściągnąć tu zdalnie gruchota, którym już raz pokonali tajemnicze cięcie w przestrzeni.

— Mamy więc opuścić to miejsce? — skwapliwie upewniał się Ziemianin, gotowy na wszelkie ustępstwa, gdy tylko usłyszał o powrocie do domu. — Pozostawiliśmy... w tej chacie... kilka naszych drobiazgów.

Ze zrozumieniem skinęła głową.

— Możecie je zabrać — zgodziła się bez wahania. I ulegając jakiemuś atawistycznemu odruchowi, wpatrującą się w nią z zachwytem dziewczynkę pieszczotliwie pogłaskała po główce. Był to żenujący, niegodny agentki gest, którego natychmiast się powstydziła. Na szczęście dla niej jej kompani udawali, że tego nie dostrzegli.

Kiedy bladolicy ponownie wychylili się z rudery, nad pobliską łąką znaczył się schodzący do lądowania wehikuł Hagusa.

Mężczyznę zamurowało. Cofnął się z wrażenia i otarł ręką zroszone czoło.

— To UFO — wydukał, nie kryjąc oszołomienia. — Nie chce się wierzyć. Do diabła! Jednak to kosmici nas porwali.

Mitosa, który poziewywał stercząc przy drzwiach, uderzyła ta osobliwa reakcja Ziemianina. Pobłogosławił styracańskie moce za chwilę olśnienia.

— Znacie ten środek lokomocji? — od niechcenia zwrócił się do modelki, dowodząc, że też potrafi posługiwać się jej mową.

Ta zarzuciła na ramię niewielką skórzaną torbę na długim pasku i poprawiła swe ciemne włosy. Spoglądała na agenta z pewną dozą nieufności i niedowierzania. Dlaczego pytał o rzeczy oczywiste?

— A jak, pewnie, że znamy! — fuknęła na odczepne. Trzymała w ręku okulary przeciwsłoneczne. — Te latające spodki od czasu do czasu pojawiają się na Ziemi. Niekiedy lądują. A wtedy wysiadają z nich istoty takie jak wy, całkiem zielone. I z dziwnymi antenkami na głowach.

Kiedy to do niego dotarło, z oburzenia zaniemówił. Następnie z poirytowaniem zwrócił się do Hagusa:

— Na styracańskie moce — huknął, przechodząc na fluoriański, a potem na uniwersalny imperialny. — To draństwo! Jak możesz nas tak bezczelnie oszukiwać? — skoczył mu do oczu. — Zgrywasz się na niewiniątko, robisz dobrą minę do złej gry, a tu się okazuje, że od dawna jak nic urzędujesz sobie na tej planecie. Co za pacan ze mnie! Starałem się jak mogłem, żeby cię usprawiedliwić i jak ostatni idiota szukałem okoliczności łagodzących. I po co? Naruszyłeś jeden z podstawowych kanonów naszego prawa. Nie wolno nikomu na własną rękę nawiązywać kontaktów z obcymi cywilizacjami. Jesteś skończony, łajdaku, rozumiesz? Skoń-czo-ny!

Hagus zzieleniał do reszty. Tu już nie chodziło o szczenięce figle i niewinne wygłupy, które dawało się zatuszować. Stawka była wysoka. Butnie się wyprostował, nie kryjąc niechęci i zagrał w otwarte karty:

— A co myślisz, palancie? — wyzywająco warknął do swego rozmówcy. — Na wszystkich styracańskich planetach jest potwornie nudno. Właściwie w całym imperium jest jak w starym, sypiącym się grobowcu. Jeżeli ktoś na własną rękę nie znajdzie sobie absorbującego zajęcia, grozi mu, że wykorkuje z nadmiaru wolnego czasu. I tylko taki cymbał jak ty może o tym nie wiedzieć — z impetem wyrzucił z siebie to, co go gryzło. — Trzeba być wyjątkowo naiwnym, by sądzić, że promocja jest nagrodą i zaszczytem. Przywileje dla niedołęgów — walił prosto z mostu. — Też mi wyróżnienie — gorzko ironizował — tkwić w jakiejś popieprzonej paroli niby w zamkniętej puszce i obnosić się gównianą rolą agenta sił specjalnych. To dobre dla czubków!

Uderzenie było frontalne i Mitos z wrażenia zaniemówił. W gruncie rzeczy nie uważał, żeby Hagus się mylił. Podobnie utyskiwano w wielu kręgach. Tyle tylko, że zazwyczaj krytyczne opinie wyrażano powściągliwie i oględnie. Mitos sam przecież półgębkiem formułował zbliżone sądy o imperium i panujących w nim stosunkach, zawsze jednak wobec zaufanych osób i z właściwą sobie przezornością — nigdy publicznie i nigdy wobec przełożonych. Pytająco spojrzał na Kimi, ale ta nie zamierzała się wtrącać. Skrzywiła się i obojętnie wzruszyła ramionami — dając mu do zrozumienia, że wcale jej nie zaskakuje taki punkt widzenia. Jednak w niczym nie usprawiedliwiał on nierozważnego strażnika planety. Pyskować i pienić się? Pal licho! To uchodziło płazem. Podejmowanie wyrachowanych działań na szkodę imperium było czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Jedynie szaleniec mógł się na coś takiego decydować, lekceważąc konsekwencje.

— Nie chciało ci się ruszyć dupska i wybrać ze mną na tę planetę, pamiętasz? — od niechcenia wtrąciła swoje trzy grosze. — A wierz mi, ja się rzadko mylę.

Ziemianie nie mieli pojęcia, o co spierają się zacietrzewieni kosmici. Nowojorczyk z duszą na ramieniu zbliżył się do pojazdu kosmicznego, który z bliska nie wyglądał groźnie. Filował ku otwartemu wejściu, z niekłamanym zaciekawieniem zaglądając do środka.

— Co za szajs — uspokajająco mruknął do siebie. — Żadna rewelacja. To taka tam sobie kosmiczna taksówka... Jak z filmów w telewizji...

— Wiesz, papciu? — jego córka za nim pociągnęła. — Oni mówią językiem, który kojarzy mi się z japońskim — szepnęła. — Dziwny jakiś. I bardzo szybki.

Tamten nie chciał tego komentować. Ujął wnuczkę za rękę.

— Jest szybki, bo się kłócą — prychnął jej przy uchu. — I to zajadle. Mój Boże — westchnął — mam już tego dosyć. Znowu skoczy mi ciśnienie. Oby to się dla nas źle nie skończyło!



N

a rozległym prostokącie dachu jednego z drapaczy chmur Manhattanu było wyjątkowo cicho i przytulnie, choć jednocześnie nawet tu dawał się mocno we znaki sierpniowy upał. Tego dnia wiatru prawie się nie czuło. Mała oaza zieleni oddzielała lądowisko dla helikoptera od miejsca, w którym urządził się zapracowany Nicolas Fisher. Królowały pokryte kwiatami egzotyczne krzewy. Przykuł jego uwagę ekran monitora, więc nie chodziły mu po głowie dostępne na najwyższym piętrze rozkosze, ani niewielki basen z podgrzewaną wodą, ani obficie zaopatrzony barek na kółkach. Nie zauważał nawet stojącej w zasięgu ręki wysokiej szklanki z sokiem pomarańczowym. Słońce przesunęło się i wydobyło jego plecy z cienia. Odruchowo zdjął granatową marynarkę i powiesił ją na oparciu, a następnie rozluźnił krawat. Chciało mu się pić, ale to, co działo się na giełdzie, za bardzo go zajmowało, żeby mógł myśleć o czymś tak przyziemnym jak pragnienie. Nie zwrócił więc uwagi na osobliwy wehikuł, który nieoczekiwanie przepłynął nad dachem wieżowca, znacząc swą obecność cichym świstem powietrza. Dopiero gdy nieziemska maszyna łagodnie osiadła na kwadracie dla śmigłowców, coś go tknęło i instynktownie zerknął za siebie. Potem zerwał się jak oparzony i przetarł ze zdumienia oczy.

— Cóż to? — wyrwało mu się z ust. — Przecież to niemożliwe... — wyjąkał.

Stał jak sparaliżowany i przyszło mu do głowy, że powinien czym prędzej uszczypnąć się w policzek, by upewnić się, że mu się to nie przyśniło.

Z latającego spodka, który opadł na lądowisko, wytoczyło się w towarzystwie jego młodej żony, córki i teścia troje zielonych kosmitów z długimi, odstającymi uszami, nosami jak trąbki i wypustkami na czołach.

— Jak babcię kocham! — jęknął. — To prawdziwi obcy...

Serce waliło mu jak młot, miał za sobą drzwi windy i korciło go, żeby dać dyla, ale nogi raptem odmówiły mu posłuszeństwa. Nie mógł ruszyć się z miejsca.

Jedna z tych istot była bezsprzecznie płci żeńskiej, a przynajmniej na taką wyglądała. Ta natychmiast wyłuskała go wzrokiem, spokojnie zbliżyła się do niego, ukłoniła się i płynnie rzekła po angielsku:

— Miło nam pana poznać, panie... Fisher. Zapewne dziwi pana nasza wizyta, ale została ona podyktowana niejaką koniecznością. Pozwoliliśmy sobie odesłać członków pańskiej rodziny. Niefortunnie dla siebie znaleźli się oni przypadkiem na naszym odległym terytorium. Siła wyższa! Przepraszamy za to niezapowiedziane najście. Mamy też nadzieję, że podobny incydent nigdy więcej się nie powtórzy...

Nicolasowi zabrakło języka w gębie, chociaż należał do wygadanych facetów. Potrafił zabłysnąć w czasie oficjalnych spotkań, posiedzeń rady nadzorczej lub podczas rautów. Umiał wznieść toast przy zastawionym stole i wprawić w błogie zadowolenie kontrahenta. Nikt go jednak nigdy nie uczył, jak należy wymieniać uprzejmości z przybyszami z kosmosu, nie mającymi żadnych kłopotów z angielskim i posługującymi się nim z dużą swobodą. Tacy przecież nie istnieli. Stał, ogłupiały do reszty, nie wiedząc, co począć. Na moment przykuła jego uwagę ciągnąca się za kosmitką i prześwietlona słońcem chmara niby-muszek. Pozostali dwaj przybysze z ostentacyjną flegmą spacerowali wzdłuż balustrady, obojętnie lustrując wszystko, co wpadało im w oczy. Czuli się na szczycie wieżowca zapewne jak w egzotycznym muzeum z wyjątkowo rzadkimi okazami. Nie stwarzali wrażenia uzbrojonych i groźnych, co nie znaczyło, że tacy nie byli. Potem jeden z nich pokazał mu plecy, z zaciekawieniem chłonąc widoczną z tej wysokości panoramę Nowego Jorku.

— Wracamy! — rzuciła krótko Kimi, ukontentowana spotkaniem z facetem z Nowego Jorku, mimo że ten — sztywny jak diabli — wydusił z siebie nieledwie kilka oderwanych sylab.

Na znak agentki zieloni grzecznie ukłonili się Nicolasowi i pozostałym bladolicym. Bez pośpiechu zawrócili do piekielnej maszyny, by znowu zająć w niej miejsca.

Właz zamknął się bez jednego szmeru i latający spodek uniósł się w górę. Zajaśniał na chwilę ostrym światłem, a potem poszybował z przyspieszeniem, którego nie powstydziłby się żaden szanujący się pilot na Ziemi. Rozpłynął się na tle błękitnego nieba między kłębiastymi cumulusami i postrzępionymi cirrusami.

Nicolas Fisher odzyskał wreszcie głos. Czuł, że ustępuje męczący go paraliż.

— Co tu się dzieje, do cholery? — histerycznie krzyknął do swojej żony. — Gdzie byliście cały weekend? Nie odbierałaś telefonów. Nigdzie nie mogłem was znaleźć!

Spojrzała mu prosto w oczy i zarzuciła mu ręce na szyję, próbując go uspokoić. Cmoknęła go delikatnie w usta.

— Sam widziałeś. Porwało nas UFO. Tylko tyle wiemy. Byliśmy gdzieś daleko, na pewno poza naszą planetą. Później nas z powrotem tu podrzucili.

Nicolas złapał się za głowę, niczego nie rozumiejąc.

— Zalatuje od was... smrodem — ze zdziwieniem wymamrotał. — Tarzaliście się w odchodach zwierzęcych, czy co?

— Tam tak było — skwapliwie się wytłumaczyła. — Okropnie... Wiesz, zaczepiliśmy się w walącej się ruderze, w której wcześniej gnieździły się jakieś... podejrzane stwory. Ze skrzydłami nietoperza. Ani mydła, ani ciepłej wody...

Pojął, że za dużo pracuje, nie szczędząc sił i że fatalnie to się na nim odbija. Postanowił, że wybierze się do swego psychoanalityka, by na wygodnej kozetce opowiedzieć mu o tym, co tutaj zaszło. Zaraz jednak zrezygnował z tego chybionego pomysłu. Ramiona mu opadły. Tamten cwaniak nie uwierzyłby przecież ani jednemu jego słowu.

— Najważniejsze, że jesteście cali i zdrowi, i że nic złego wam się nie stało. Co tam UFO... — powiedział zobojętniały.

Przykuły jego uwagę rzędy liczb, które pojawiły się na ekranie. Rzucił się natychmiast do klawiatury.

— Radźcie sobie jakoś, tam dalej jest barek. Właśnie na to czekałem — usprawiedliwił się wstydliwie przed teściem. — Albo skorzystajcie z windy.

Zapomniał w jednej chwili o latającym spodku, zielonych ludzikach i tym wszystkim, co na niego spadło. Kursy akcji były najważniejsze.



T

ym razem to małomówny Mitos poprosił Kimi o spotkanie, czym ją bardzo zaskoczył, bowiem po każdej wspólnej akcji znikał na pewien czas, zaszywając się w przysłowiowej mysiej dziurze, by stopniowo odzyskać równowagę i nabrać dystansu do tego, co go z niej wytrąciło. Nurtował go niepokój i dziwnym trafem nie uznał meafluoriańskiej sprawy za zamkniętą. W cichości ducha się ucieszyła, bowiem to dowodziło, że jej sekretny scenariusz był bez zarzutu. Krok po kroku, nieustępliwie dążyła do celu, który sobie wyznaczyła. Postanowiła przyjąć go w urządzonej ze smakiem aulolii, wzorowanej na gustownych wnętrzach zadbanych rezydencji, wznoszonych przez Jenarekitów na porośniętych niskimi krzewami słonecznych wzgórzach Attinidy. Czternastej Galaktyce zawdzięczały surowe w swym wyrazie parole wiele rewelacyjnych rozwiązań estetycznych. Chętnie też odwoływano się do tamtejszych kanonów urbanistycznych. Te zresztą były w nieustannej modzie.

Agent nie byczył się, nie leniwił, ale dwoił się i troił. Najpierw wybrał się do cichego ośrodka reprodukcyjnego, w którym dojrzewało w sterylnych warunkach kilku osobników z Terocypii, planety z Dziewięćdziesiątej Drugiej Galaktyki. Musiał polecieć do sąsiedniej paroli. Byli uderzająco podobni do Ziemian i właśnie to sprawiło, że zdecydował się tam wdepnąć. Podobnie jak bladolicy byli pozbawieni owłosienia, a ich ciała pokrywała gładka i wyjątkowo cienka skóra, nad wyraz podatna na uszkodzenia. W stonowanym świetle sali inkubatorów dość długo studiował ich niezwykłe rysy twarzy. Chciał się ponadto jak najwięcej dowiedzieć o Hagusie i rasie, którą ten nędznik reprezentował. Tamten był zdziczałym Erioonem, ci zaś okupowali kilka odartych z zieleni planet w Sto Piątej Galaktyce. Prawie całe życie spędzali pod ziemią, ryjąc labirynty nor i gnieżdżąc się w mrocznych jaskiniach, co sprawiało, że mimo liczącej się inteligencji rzadko kiedy otrzymywali obywatelstwo. Niewiele wiedziano o ich ponurych obyczajach. Kontakt z nimi utrudniało to, że mieli za nic przyjmowane bez zastrzeżeń przez inne rasy normy współżycia międzygatunkowego. Kiedy się z nimi pertraktowało, należało odwiesić na kołek ogólnie znane wyobrażenia o elementarnych regułach etycznych. Do żadnych się nie stosowali.

Kimi wypromowano wcześniej niż jej partnera, więc górowała nad nim obyciem i pewnością siebie. Wyprawa na Meafluorię, a następnie na kryjącą się poza granicami imperium Geę, sprawiła, że ich kruchutkie więzi nieco się wzmocniły. Pierwszy raz ujrzał ją w podkreślającym kobiecą urodę, a zarezerwowanym dla młódek etnicznym stroju i wodząc za nią wzrokiem musiał uznać, że nie brakuje jej powabu i czaru. Emanowała dziwnym spokojem i ciepłem, które mu się rozkosznie udzielały. A poza tym budziła w nim uśpione zmysły, zdając się skrycie obiecywać całą gamę ekscytujących doznań. Wyciągnięty w wygodnej loży i relaksujący się w jej towarzystwie żałował teraz, że nie dał się namówić i że nie skusił się, by złożyć jej wcześniej kurtuazyjną wizytę. A przecież miał po temu rozliczne okazje. Cóż, strzegł zazdrośnie pamięci o Psyfarozie niby o ognisku domowym, zaś w rezultacie tego niechętnie angażował się w życie towarzyskie i nie szukał nowych znajomości. Gdyby trochę się przyłożył i pomyszkował, z pewnością znalazłby przyjaciół.

Agentka również nie próżnowała, choć nikt jej nie zmuszał do tego, by nadal zajmowała się tą sprawą.

— Wyobraź sobie, że po kilku nieudanych próbach włamałam się wreszcie do systemu pamięci w ośrodku informacyjnym Hagusa na Meafluorii. Tak z ciekawości. Trochę mnie to kosztowało. Jak sądzisz, do czego się dogrzebałam? — zapytała z błyskiem w oku. — Nie uwierzysz! Po przeciwnej stronie planety na terenach, zamieszkałych przez Mealanów grubas potajemnie stworzył niewielki rezerwat, w którym przetrzymywał bladolicych z Gei — w zaufaniu mu zdradziła. — Tę wysepkę suchego gruntu otaczają nieprzebyte bagna. Popatrz, nie pomyśleliśmy, żeby go sprawdzić od tej strony. Jacyż byliśmy naiwni! — mówiła. — Koszmarna lista obejmuje wiele imion i nazwisk. Są na niej Ziemianie, przeważnie młodzi, tak mężczyźni jak kobiety. Głównie Amerykanie. Łudziliśmy się, że na trzech osobnikach sprawa się zamknie — z niedowierzaniem pokręciła głową. — Więził on ich tam i modelował ich psychiki. Innymi słowy: prał im mózgi. Nie udało mi się dotąd ustalić, jaki cel miały jego pokraczne manipulacje i co przy ich pomocy chciał osiągnąć.

Mitos z rozwagą przytaknął i wyciągnął rękę po napój, którym poczęstowała go Kimi. Jenarekickie loco-loco w dużym stężeniu działało narkotycznie. Spróbował, delektując się niezwykłym smakiem.

— Chyba się domyślam, w co gra ten palant — rzucił ostrożnie. — I właśnie z tym pofatygowałem się dzisiaj do ciebie. Sprawa jest niezmiernie delikatna, ale i zarazem ogromnie bulwersująca. Będziesz zaskoczona. Zaniepokoił mnie na Ziemi pewien drobiazg. Kiedy rozmawiałaś z Nicolasem Fisherem na dachu tego wysokiego budynku, przeprowadziłem — tak od niechcenia — analizę pochodzenia biologicznego tej dziewczynki. I co się okazało? Ten bladolicy, Nicolas Fisher, wcale nie był jej ojcem. Oczywiście, w pierwszej chwili zbagatelizowałem to odkrycie. Z tego, co już wiemy, Ziemianie łączą się w pary w celach prokreacyjnych. Jednak nie zawsze o to im chodzi. Czasami dzieci pochodzą z innych, wcześniejszych związków, tak formalnych jak nieformalnych. Mogą być ponadto adoptowane.

Kimi zgodziła się z Mitosem i dojrzał w jej oczach podziw. Jej partner naprawdę natrafił na interesujący ślad.

— Po powrocie do paroli jeszcze raz przejrzałem dane w analizatorze — zachęcony jej spojrzeniem ciągnął Mitos — porównując wszystkie charakterystyki, Fishera, jego żony, teścia i dziecka. — Wyjął maleńki nośnik, podając go Kimi. — Wniosek był niewiarygodny. Ta mała, źródło silnej emisji, nie do końca należy do gatunku Homo sapiens. Jest genetycznym... eee... mieszańcem. Zapisy na poziomie komórkowym dowodzą, że pochodzi spoza Ziemi i że reprezentuje zupełnie nam nieznaną rasę — podsumował. — Jest ona bardziej rozwinięta niż ziemska, bowiem na poziomie DNA widać, że niektóre geny — używał terminologii z tamtej planety — zostały po mistrzowsku obrobione...

Poruszył tym Kimi do głębi. Pomyślała o Eukalipanusie, któremu wraz z Mitosem miała zrelacjonować przebieg wyprawy, a który już dwukrotnie przesunął termin spotkania, nerwowo zasłaniając się ważniejszymi sprawami. Sięgnęła po napój, a potem włożyła dysk do odtwarzacza. Skupiła całą uwagę na barwnych liniach, widocznych na wirtualnym ekranie projektora.

— A więc to inwazja! — szepnęła z nabożnym lękiem. Wychyliła puchar do dna. W jej pięknych oczach ujrzał Mitos błysk przerażenia. — Powinniśmy byli od razu wpaść na to, że typowy bladolicy, mieszkaniec Gei, nie jest za silnym źródłem emisji.

Uśmiechnął się w duchu, zadowolony z jej reakcji. Była to szokująca hipoteza, niemniej dopóki jej nie potwierdzono, dopóty nie mogła się specjalnie liczyć. Nie należało szarżować, zwłaszcza jeśli nie dysponowało się niezbitymi dowodami.

— Owszem, jest prawdopodobne, że jakaś wroga nam rasa skrycie ingeruje w życie na Ziemi, a wykorzystując istnienie szczeliny i łatwowierność Hagusa, usiłuje niezauważenie przeniknąć w głąb naszego imperium, a tam się zainstalować — przedstawiał swój punkt widzenia. — Ten tok myślenia skłaniałby ku przeświadczeniu, że mamy do czynienia z cichą i wyrafinowaną inwazją. Jednak rozwiązanie tej zagadki — z drugiej strony patrząc — nie musi być właśnie takie, jak w pierwszym odruchu założyłem. Być może, chodzi tu o pewną osobliwość genetyczną w obrębie gatunku Homo sapiens. A do transmutacji w komórkach doszło przypadkowo. A jeśli tak właśnie przebiega ewolucja tej rasy, skokowo, poprzez nagłe progresje? — głośno dumał, zastanawiając się. — Te ostatnie charakteryzuje przecież brak ciągłości w czasie...

Kimi podniosła się i krokiem świadomej swej urody Jenarekitki majestatycznie przeszła przez całe proscenium aulolii. Napełniła puste puchary napojem. Wróciła i usiadła tuż przy Mitosie, tak blisko, że gdyby zechciał mógłby ją właściwie objąć ramieniem i przytulić do siebie.

— Należałoby to sprawdzić — rzekła z namysłem. — Tak, aby wyzbyć się wątpliwości. No i złożyć sprawozdanie Eukalipanusowi — westchnęła. — Nie wiadomo, jak to przyjmie. Nie sądzę, żeby go to szczególnie uradowało...

Zapadło wielce wymowne milczenie. Można się było domyśleć, że wkrótce czeka ich nowa wyprawa na Meafluorię i na Ziemię. Jednak o tym decydowali ich przełożeni. Od nich zależał następny ruch w tej niejasnej grze, która zdawała się nie mieć końca i wciągać ich jak wir w odmęty.